
Blog
Kasia i Krzysiek – zwiastun
18.05.2013 r., upalny dzień i nie schodzące z twarzy uśmiechy aż do wczesnego rana. Kasia wyglądała olśniewająco a Krzysztof arcyprzystojnie. To był perfekcyjny, pełen radości dzień. Gratulacje!
Malarsko
Ubiegły weekend zaczynał się od dwóch wczesnych pobudek. Sobota to mglisty i chłodny przedświt w okolicach Gietrzwałdu, Łajs i Unieszewa, jednak tego poranka słońce nie znalazło drogi między ciekawie uformowanymi chmurami. Niedziela za to, w towarzystwie Renaty Orlińskiej, przywitała przymrozkiem i zupełnie bezchmurnym niebem, co z kolei uniemożliwiło szersze (wyższe?) plany. Za to pola nad jeziorem Linowskim pełne były stadek żurawi, co skrzętnie wykorzystaliśmy podchodząc i kilkukrotnie płosząc je na koniec fotografowania. Światło miało taki hollywoodzki, pomarańczowy kolor, rozlewiska aż zagotowały się buchając w mroźne powietrze parą, było spektakularnie i zwyczajnie pięknie. Warto było.
Krajobraz lokalny vs krajobraz globalny
Czytając w najnowszym numerze Outdoor Photography artykuł-rozmowę z Chuckiem Kimmerle, dotarło do mnie że mam podobny co on dylemat. Czy to, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, na Warmii, miejscu pięknym, bliskim naturze, jednak fotograficznie trudnym, stawia mnie w sytuacji gorszej, niż mieszkańców dajmy na to Podhala czy terenów nadmorskich? Niezliczoną ilość razy, oglądając setki fotografii tygodniowo, przygryzam wargi mówiąc w myślach: ile bym dał za to, żeby mieć możliwość częstych fotograficznych wypraw w taki teren, jak Tatry, Pieniny, czy niższe, choćby tylko pagórkowate Beskidy. Jak cudownie by było mieć godzinę drogi nad morze, żeby szukać do woli najlepszych kadrów do długich czasów naświetlania. Nie mówiąc o wyprawach w góry Azji, na wybrzeża Oceanii, pustkowia Ameryki Południowej. Tak, Oni na pewno mają lepiej…
Na zadane powyżej pytanie łatwo odpowiedzieć twierdząco, w końcu Oni mają lepiej, mają pagórki, mają otwarte tereny, o czyste, mocne kadry jest tam zdecydowanie łatwiej. Tyle tylko że taka odpowiedź to tylko część prawdy. Na Warmii, gdzie mieszkam, nie znajdę gór, skalistych wybrzeży, wypiętrzonych tarasów z których roztoczy się widok niczym na toskańskie wzgórza. Jest równie pięknie, lecz zdecydowanie trudniej. Ale chyba w tym tkwi też siła tych terenów, one od zawsze gościły tylko tych, którzy odważyli się stawić czoła naturze, spróbowali znaleźć wśród niej swoje miejsce.
Trudniej jest o tyle, że Warmia którą znam, to kraina tak naprawdę mała, gdzie wszystkie elementy „upakowane” są gęsto między jeziora i lasy. Moja Warmia to tak naprawdę Pojezierze Olsztyńskie, Warmia pomniejszona o północ, od linii Dobre Miasto – Lidzbark Warmiński i o tereny wschodnie naokoło Jezioran, Biskupca i Reszla, które mam nadzieję uda mi się kiedyś poznać, a do których dojazd zajmuje więcej niż godzinę (co aby zdążyć na wschód słońca daje pobudkę ok. 2-3 w nocy). Dostępność komunikacyjna otwartych przestrzeni jest bardzo słaba. Na południe i zachód od Olsztyna są ogromne kompleksy leśne i duży system jezior. Na wschód, w klinie między drogową 16-tką a szosą na Szczytno trochę więcej otwartej przestrzeni poprzecinanej rzekami i jeziorami, jednak bardzo słabo skomunikowanej. Dość dobrze dostępnym i jednocześnie ciekawym obszarem są wzgórza położone na północny zachód od Olsztyna – między dwoma dużymi dolinami Łyny i Pasłęki. Ta ostatnia jest jednocześnie granicą Warmii, będąc w swym biegu od Mostkowa do Kalist chyba najpiękniejszą i najbardziej fotogeniczną rzeką w tej części kraju.
Czysto technicznie rzecz biorąc ta „gęstość” krajobrazu zmusza do zawężania kadrów, szukania motywów przewodnich, kształtu, rytmu. Warmińskie widoki to nie samograje, czy się tego chce czy nie, trzeba je znaleźć i umieć przedstawić. Fotografia lasu to praktycznie osobna dziedzina, w mojej opinii bardzo trudna do opanowania, jeśli chce się wyjść wyżej niż przyjemne, pamiątkowe widoki. Fotografowanie jezior i rzek to z kolei szukanie miejsc, które w ogóle pozwalają na uchwycenie szerszego kadru – przecinek w zadrzewieniach, pozbawionych trzcinowisk brzegów. Nie można przy tym zapomnieć o tak oczywistej dla fotografa krajobrazu sprawie jak kierunek padania światła, a więc azymutu wschodu i zachodu słońca.
Myślę że te wszystkie ograniczenia, specyficzna charakterystyka fizjograficzna mojej Warmii dotyczy wielu fotografów, którzy z zazdrością patrzą na portfolio innych pejzażystów przedstawiających coś, czego oni sami mogą doświadczyć tylko podczas dalekich wyjazdów. Nie każdego stać na organizowane coraz częściej grupowe wycieczki fotograficzne do Indii, Afryki czy na Bliski Wschód. Szczerze wątpię zresztą w sens tych wycieczek – w takich grupach jedyne co można uzyskać, poza oczywiście zdobytą wiedzą, to powtarzane po wielokroć kadry-kalki. Fajnie, ale to nie to czego szukam. Nie mieszkamy też w Wielkiej Brytanii, gdzie różnorodność i dostępność, też zresztą zadeptanych, ale pięknych miejscówek fotograficznych opisywana jest co miesiąc w rubrykach „Locations Guide” wraz z trasą dojścia, przykładowymi kadrami i oceną w skali od 1 do 5. Wymarzone miejsca? Wątpię, wolę nie stać w kolejce do rozstawienia statywu.
Pora kończyć, a zakończę bardzo pozytywistyczną postawą. Wszystkie utyskiwania na brak ciekawych, spektakularnych plenerów do fotografowania zmieńmy ze słabości w siłę. To okazja do zaprezentowania czegoś innego, niż popularne pocztówkowe landszafty, utarte widoki. To też okazja do rozwoju umiejętności, a te u pejzażysty muszą wykroczyć poza technikę i zmysł. Konieczna jest też umiejętność czysto logistycznego, technicznego znalezienia i dotarcia do celu. Niezależnie, czy to moja Warmia, malownicze Podlasie, płaskie Mazowsze, przemysłowy Śląsk, Równina Wrocławska czy różnorodne fizjologicznie Pomorze, wszędzie można znaleźć coś, co charakterystyczne, co warte twórczego przedstawienia. Może więc warto przestać wzdychać do fotograficznych, uprawianych niemal pielgrzymkowo „destynacji”? Może skupić się na tym co lokalne, co trudniejsze, ale jednocześnie bliższe – i fizycznie, odległościowo, i bliższe duchowo, bo to miejsca w których wychowaliśmy się i żyjemy, które mijamy, i które często zbyt szybko zmieniają się na naszych oczach?

































