Plan na przejechanie sześciodniowej trasy ACT (Adventure Country Tracks: https://adventurecountrytracks.com/montenegro-albania/) w Czarnogórze i Albanii zakiełkował w głowie Marka Berkana, głównego pomysłodawcy wspólnego wyjazdu pod koniec 2025 roku. Marka relację z wyprawy znajdziecie niedługo na jego stronie, na którą serdecznie zapraszam, mnóstwo tam opisów innych, ciekawych tras z całego Świata: https://ride-europe.travel/. Jestem też ciekaw jak Marek opisze naszą wyprawę, każdy przepuszcza takie wrażenia przez własny filtr, a sam pewnie o czymś zwyczajnie zapomniałem wspomnieć. Grupa ośmiu uczestników zebrała się na facebooku i spotkała online w sierpniu, kilka tygodni przed wyjazdem. Jak na dość przypadkowo zebrane towarzystwo, dobraliśmy się i dogadywaliśmy idealnie, w tak trudnej wyprawie ważne jest żeby można na każdym polegać. W tej ekipie nie wahałbym się wyjechać w każdą kolejną wyprawę. Rozpoczynać mieliśmy naszą podróż w poniedziałek, 7 września i tak też się stało.
Mój track ACT, po zjazdach na asfalt w dniu pierwszym (awarie) i piątym (kontuzja) oraz opuszczeniu ostatniego dnia trasy, mierzył łącznie ok. 1000 km. Jestem bardzo zadowolony, obawiałem się że mój nadgarstek może wcześniej wyeliminować mnie z podróży. Do tego wytrzymałem kondycyjnie i wydolnościowo, a nie było to łatwe w ciągu pięciu dni ostrej jazdy od świtu do zmierzchu, po 12 godzin dziennie w temperaturach od 8 do 38 stopni. Udało się i jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy.

Dojazd do Czarnogóry
Zaplanowaliśmy z Adamem wyjazd samochodem z motocyklami na przyczepie korzystając z uprzejmości naszego olsztyńskiego znajomego (dzięki Michał!). Start z Olsztynka nastąpił w piątek po pracy, ok. 18-tej motocykle (SWM i KTM) były zapakowane na przyczepę i gotowe do jazdy. Trasę podawał Google i właściwie to tyle, łykaliśmy kilometry z przerwami na tankowania, zmieniając się za kółkiem. Jedynie nad ranem na mojej zmianie przegapiłem zjazd z obwodnicy Budapesztu i zamiast M6, wyjechaliśmy M5 w kierunku na Szeged. Powrót na właściwą trasę kosztował nas trochę czasu, przejechaliśmy przez miejscowość o bardzo offroadowej nazwie Baja i zaraz wjechaliśmy do Chorwacji, a potem Bośni i Hercegowiny.
W Sarajewie zaczął się bałkański ruch drogowy, zaskoczył nas tłok na ulicach, brak obwodnicy i brak zasad na drodze. Wjeżdżając w góry przywitał nas gęsty dym, znak że w tych okolicach wciąż trwają pożary lasów. Asfalt aż do granicy z Czarnogórą przy moście nad rzeką Tarą był coraz bardziej śladowy, ostatnie kilometry mijały bardzo ślamazarnie, bo trzeba było ostrożnie przetaczać się po wąskiej drodze. Po 24 godzinach jazdy, udało się dojechać do Pluzine!
Pierwszy nocleg to namioty na kempingu Bungalows Konak nad zalewem rzeki Pivy. Wybraliśmy to miejsce z uwagi na łatwy dojazd do startu tracka ACT, bo aktualnie dojazd od strony Żabljaka jest niemożliwy z uwagi na remont mostu, a objazdy wymagają 2-3 godzin jazdy naokoło. Dnia zerowego, w oczekiwaniu na przyjazd sześciu pozostałych jeźdźców jadących z Polski na kołach, postanowiliśmy zrobić mały rekonesans „na lekko” w okolicach Pluzine. Wyszło z tego ponad 100 kilometrów i od razu wspólnie z Adamem przyznaliśmy – najbardziej strome i kamieniste zjazdy i podjazdy w naszym offowym doświadczeniu. Sami się zresztą prosiliśmy o przygody, bo początkowe poszukiwania tras szutrowych dookoła zalewu skończyły się jazdą po świeżo wylanym asfalcie (na poboczach stały jeszcze maszyny). Zapuszczaliśmy się więc coraz śmielej w ścieżki na mapach oznaczone liniami przerywanymi, co dwukrotnie wymusiło na nas taktyczny odwrót, z uwagi na ścieżki zawalone połamanymi drzewami.








Wieczorem dojechali bezpiecznie wszyscy i ten nocleg spędziliśmy już w dwóch wynajętych domkach. Ekipa w składzie (kolejność w miarę odzwierciedla późniejszy układ jazdy): organizator Marek, Michał, Łukasz, Daniel, Sławek, Mirek i Adam, ja gdzieś tam trzeci w grupie, już gdy się kolejność ustabilizowała.
Pierwszy dzień ACT, offroad i pech!
Pierwsze pół godziny to podziwianie widoków porannego Durmitoru, dojazd wąskimi asfaltami z Pluzine na przełęcz Sedlo w czarnogórskim Durmitorze. Tam pamiątkowa fotka na parkingu i oficjalny start trasy, a po kilku kilometrach już pierwsza, długa sekcja offroadem, od razu ze sporymi kamieniami, a my tacy jeszcze nie rozjeżdżeni. Każdy z nas musiał się przyzwyczaić, znaleźć rytm i sposób na to podłoże, a zanim to nastąpiło, było parę wywrotek. Sporym wyzwaniem okazał się zjazd do rzeki, pokonanie brodu (jak wszędzie – mało wody), a potem długi i bardzo stromy, kamienisty podjazd. Kilka osób miało wywrotki, straciliśmy sporo czasu i sił, ciągnęliśmy jednak śmiało dalej.
Niestety, pierwszy dzień ACT okazał się ostatnim na tej trasie dla Daniela i Adama, temperatura ponad 38 stopni i bardzo wymagający teren spowodowały, że po długiej naprawie SWM-a, w którym pękł zbiornik i wyciekł płyn chłodniczy, dociągnęliśmy we trójkę wolnym tempem do Andrijevicy już asfaltami. Najpierw jednak zmęczyliśmy się okrutnie na ostatnich 20-tu kilometrach offroadu. Wciąż była szansa, że w SWM-ie uda się naprawić zbiornik (klejenie nie pomogło), a Daniel po dniu odpoczynku odzyska siły i dołączy do stawki. Dlatego też kolejnego poranka rozdzieliliśmy się, Daniel z Adamem pojechali szukać warsztatu, a sześcioosobowa ekipa jechała dalej. Noc spędziliśmy w domkach za miastem Andrijevica, w bungalowach „Limski Mir” z bardzo fajnymi warunkami.















Drugi dzień ACT
Adam z Danielem pojechali szukać warsztatu, w którym udałoby się wymienić i napełnić czynnikiem zbiornik SWM-a. Zamierzeniem było, że Adam naprawi motocykl, Daniel odzyska trochę sił i wieczorem spotkamy się w okolicach Szkodry, zgodnie z planem. Nie tak to jednak wyszło…
Pozostała na trasie szóstka przejechała tego dnia 222 km tracka zaplanowanego na dzień drugi. Nie był on tak piękny jak potężne przestrzenie Durmitoru dzień wcześniej. Ogromnym rozczarowaniem była pętla do Theth, kiedyś będąca mekką offroadu. My w drodze do tego zatłoczonego miasteczka przeciskaliśmy się w gęstym ruchu ulicznym, a jadąc dalej szutrem próbowaliśmy nie nabawić się pylicy. Droga z Theth była przygotowana do asfaltowania, strasznie kurzyła i tylko pierwszy jeździec zdołał pozostać czysty. Im dalej jednak, tym nawierzchnia stawała się coraz bardziej naturalna, pod koniec robiło się już całkiem ciekawie. W Prekal zjedliśmy po kurczaku, nawodniliśmy się i ruszyliśmy dalej. W okolicach Szkodry minęliśmy kolejny duży pożar rozniecany przez silny wiatr. Do tego, żeby kolejny poranek rozpoczynać blisko przystani promowej, dodaliśmy 49 kilometrów bardzo szybkich asfaltowych winkli, na których miałem pierwszy kryzys – nadgarstek przestał współpracować. Chłopaki bezpiecznie dociągnęli mnie do miejscowości Koman, gdzie podzieliliśmy się tradycyjnie na śpiących pod namiotami i pod dachem. Nocleg (znów ze Sławkiem i Mirkiem) mieliśmy w prywatnym gospodarstwie Guesthouse Noku. Dobrze było spać w klimatyzacji po tak trudnym dniu.











Trzeci dzień ACT
Śniadanie było nieco dziwne, bez talerzy, bez pieczywa, w zasadzie z samymi przystawkami. Nie wybrzydzaliśmy i pół godziny później dojechaliśmy już na przystań promową w Koman. To co czekało nas za tunelem, na małym skrawku asfaltu między ścianą skalną a wodą, ciężko opisać słowami. Trwał tam nieustanny ruch pieszy, samochodowy, motocyklowy, zwierzęcy, handel, przeładunek towarów z łodzi do busów, oraz oczywiście załadunek tego wszystkiego na łajby. Dwie godziny rejsu byłyby pewnie pięknym punktem programu (widziałem na filmach na YT że może być to atrakcja), gdyby nie to, że nie było miejsca aby przysiąść, cały pokład zajmowały zaparkowane auta, busy i motocykle.
Po wyładunku w Fierze ruszyliśmy dalej pięknymi asfaltami drogi SH22, mając przed sobą monumentalne widoki gór i zalewów. Winkle były bardzo spektakularne, a stanowiły wstęp do dalszych sekcji szutrowych po bardziej zalesionych terenach. Było ciekawie i wymagająco aż do końca tego etapu w mieście Rreshen. Nocleg na campingu Gjergj Araniti, który miał być odrobiną luksusu – w ofercie widać basen, okazał się miejscem, w którym po trawie biegało stado świń, które dopiero po naszym przyjeździe gospodarz zagonił do obory. Zapach pozostał, ale spało się zaskakująco dobrze.










Czwarty dzień ACT
Kolejny dzień tracku to 228 kilometrów bez opcji objazdów wariantem easy. Z miasta Rreshen do Elbasanu trasa prowadziła w większości lasami, co dało trochę ochłody. Dzień jednak nie obfitował w tak rozległe widoki jak poprzednie, a może to u mnie zmęczenie powodowało już lekkie znużenie podróżą.
Na dość stromym podjeździe, który akurat przez przypadek podjechałem pierwszy, usłyszałem za sobą wysokie tony upalanego silnika. Pomyślałem, że w kamieniach któryś z chłopaków wykopał kołem dziurę i próbuje na wysokich obrotach wyrwać się z pułapki. Niestety, rzeczywistość była bardziej brutalna. Łukasz w swoim dzielnym Royal Enfield Himalayanie spalił sprzęgło. W zasadzie okazało się później, że tarcze zupełnie się rozwarstwiły i nie było czego szlifować. Najpierw jednak Marek z Michałem odstawili go niżej i bliżej asfaltu, skąd miał doczłapać się po ostygnięciu do najbliższego miasta. Reszta ekipy została na tracku i miała dalej jechać w tym samym kierunku.
Nocleg spędziliśmy (ze Sławkiem i Mirkiem) w dużym i bardzo gorącym mieście Elbasan w hoteliku Villa Zoi na tutejszej starówce. Łukasz, Marek i Michał spali na kempingu nieco przed miastem, na którym Michał próbował swoich czarów w warsztacie rozkręcając sprzęgło Himalayana.










Piąty dzień ACT
Poranek był nieco nerwowy, nasz gospodarz namieszał z miejscem w którym mieliśmy wykupione śniadanie, podawał nam pinezki na mapie, a po pół godzinie jeżdżenia wokół starówki okazało się że śniadanie czeka na nas w hotelu. Spoceni, ale najedzeni, ruszyliśmy spotkać się z resztą ekipy na wylocie z miasta i dalej w trasę.
Wiedzieliśmy, że jesteśmy trochę spóźnieni względem harmonogramu tego dnia, więc wybraliśmy wariant Easy zamiast Hard&Long. Mimo to rozdzieliliśmy się w pewnym momencie, Marek z Michałem polecieli dalej trackiem chcąc nawet nadrobić trochę trasy przed ostatnim, rzekomo najtrudniejszym dniem ACT. My we trójkę, ze Sławkiem i Mirkiem, jechaliśmy wolniejszym tempem bo zmęczenie dawało się już we znaki. Chłopaki dociągnęli trackiem do końca dnia – do miasta Berat, ja skończyłem swoją przygodę z ACT na ok. 50 km przed końcem, przed ostatnią sekcją offową i asfaltem dojechałem do agroturystyki Guesthouse Xhaferaj. Tu za naprawdę korzystną cenę najedliśmy się do syta, przemiła gospodyni wyprała nasze bardzo już brudne ciuchy, a wieczorem dojechał do nas z (prawie) nowym sprzęgłem Łukasz na swoim Himalayanie.





Szósty dzień – ja już poza ACT i wracam do kraju
Ekipa cisnęła dalej, część trackiem ACT, część asfaltami, szczęśliwie każdy dojechał do końca do miasta Leskovik, skąd zaczęli powrót na północ. Dla mnie szósty dzień był już początkiem samotnego powrotu do kraju. Na ACT Montebania wrócę na pewno, najprawdopodobniej z Adamem i Danielem, którzy muszą rozliczyć się z tą trasą w nieco chłodniejszym okresie roku. Wiedziałem, że jednocylidrowy KTM, w dodatku na kostkowych oponach (Michelin Tracker – w offie spisały się świetnie, po powrocie tylnej opony niestety prawie już nie ma), będę miał spory problem z tempem jazdy. Pierwszy wariant, jaki wymyśliłem, zakładał dodatkową atrakcję – chciałem dociągnąć pod granicę z Rumunią, do miasta Negotin, żeby kolejnego dnia przejechać rok temu napoczętą Transalpinę. W planie była także godzinka na przejazd tam i z powrotem Strategiką, która rok temu na rumuńskim ACT była prawdziwą perłą tej trasy. Pierwsza na trasie była jednak Ochryda, która jednak nie zrobiła na mnie dobrego wrażenia. Chyba po prostu nie lubię kurortów turystycznych. Dalej przejechałem Macedonię Północną omijając od wschodu Kosowo.
Niestety, od samego rana padało i albańskie górskie agrafki mocno zweryfikowały moje opony. Wiedziałem już, że na mokrym nie trzymają one wcale, miałem kilka nieprzyjemnych uślizgów. Patrząc na prognozę pogody na następny dzień widziałem, że całą Transalpinę musiałbym jechać w deszczu. W moim odczuciu rozsądną decyzję o zmianie trasy podjąłem dość późno i odbiłem w kierunku Belgradu.
Od granicy z Serbią aż do stolicy jechałem autostradą, co pokazało mi jak nieodpowiednimi motocyklem do takich przelotów jest KTM 390 Adventure R. Powyżej 110-120 km/h spalanie paliwa rosło absurdalnie – obawiałem się że w tym tempie nie dojadę do kolejnych stacji paliw. Przyjąłem więc tempo ok 100 km/h (po GPS-ie, licznikowo nieco poniżej 110) i tak człapałem, bez możliwości zmiany pozycji za kierownicą. Do Belgradu wjechałem już po ciemku i trafiłem do zabukowanego hotelu Bajadera Lux, gdzie trwało w najlepsze tradycyjne, albańskie wesele. Stopery do uszu poszły w ruch i po zjedzeniu dużej obiadokolacji poszedłem szybko spać.







Rano decyzja mogła być tylko jedna – ruszam dalej na północ, jadąc drogami krajowymi i unikając jak ognia autostrad. Prędkość i spalanie to raz, dwa że podróżując wolniej mogłem dać odpocząć wciąż bolącemu nadgarstkowi, częściej zmieniać pozycję w trakcie jazdy, na stojąco przejeżdżając przez miasteczka, być w ciągłym ruchu. Ten dzień pozwolił mi zobaczyć prawdziwe oblicze północnej Serbii, a potem Węgier wzdłuż doliny rzeki Tisza. Noc spędziłem na drogim i tłocznym kempingu w Koszycach, gdzie zaczęła doskwierać niska temperatura, a wszystkie cieplejsze ciuchy zostały niestety w aucie u Adama.
Kolejne dni to kolejny pomysł na spędzenie w siodle pozostałego urlopu – przejechałem przez Słowację i dolinę Popradu do Starego Sącza, odwiedziłem rodzinę w Niepołomicach i ruszyłem na dawno zaplanowaną trasę wzdłuż wschodniej granicy Polski. Rozpocząłem na wysokości Chełma, przez Polesie, odwiedzając kilkanaście kościołów i cerkwi. Zwiedziłem muzeum obozu w Sobiborze i jechałem dalej wzdłuż granicznego Bugu, aż do podlaskich Kleszczeli. Dalej odbiłem w stronę domu i spędziłem nudne godziny przemierzając wschodnie Mazowsze. Tak skończyła się wyprawa, która oprócz ACT była też ciekawym odkrywaniem terenów wschodniej Polski, które coraz bardziej mnie interesują.

KTM 390 Adventure R
Czy kupiłbym ten motocykl raz jeszcze, po przejechaniu 7 tys. km, tras RATs i ACT Czarnogóra i Albania? Zdecydowane TAK, bez zawahania. Nawet biorąc pod uwagę, jak długo i ciężko wracało się na kołach z Bałkanów. To po prostu nie jest motocykl na długie, autostradowe przeloty i trzeba mieć tego świadomość. Na drogach krajowych, do prędkości przelotowej 100-110 km/h to idealny motocykl wyprawowy, ze świetnymi możliwościami terenowymi. Jest wystarczająco lekki i zwinny, a regulowane zawieszenie WP naprawdę dało radę na trudnych, kamienistych szlakach Albanii. W połączeniu z uchwytem montażowym na bagaż z Gardy oraz sakwami Red Koyot (V-Duro 60 L), moja maszynka była świetnym kompanem na trudnych sześć dni trasy ACT.
Podsumowanie
Wyjazd na ACT Montebania był słodko-gorzki. Cieszę się że udało się zajechać tak daleko, nabrałem olbrzymiego doświadczenia i pewności siebie w nieznanym mi do tej pory, skalistym terenie. Jednak wyjeżdżaliśmy wspólnie z Adamem i seria pechowych awarii SWM-a już pierwszego dnia, wprowadziła sporo zamętu i trudnych myśli. Pojawił się moralniak, bo od początku mieliśmy plan na wspólny wyjazd i kilkudniowy powrót we dwójkę trasami TET na początek trasy ACT (do auta). Nie zostawia się rannych za sobą, na swoje pocieszenie miałem jednak to, że z Adamem drugiego dnia do warsztatu i dalej do Pluzine jechał Daniel, którego pokonały z kolei warunki pogodowe. Adam nie wracał więc sam, mimo to przez dwa dni wracały do mnie myśli że powinienem zawracać. Decyzja o kontynuowaniu trasy, zwłaszcza po otrzymaniu informacji, że SWM-a nie uda się naprawić w Albanii, była słuszna, co nie zmienia faktu że jechało się trudno z obciążeniem wciąż wracającymi myślami co robić. Zostaje więc jedno – za rok, w nieco chłodniejszym terminie, wrócić tu z Adamem, Danielem i inną ekipą i dokończyć to, co już raz się zaczęło. Według mnie warto, z tej perspektywy, omijając miasta i główne drogi, można zobaczyć piękno i surowość albańskich gór.