Las Warmiński – Przełom Łyny od Sójki do Rusi

Początek grudnia, Las Warmiński, wąska ścieżka z plaży w Rusi do kamiennych filarów mostu w Sójce. Kilka godzin w naturze, bez śladu człowieka czy zwierzęcia, ot tylko kilka kaczek na poprzetykanej złamanymi drzewami Łynie. Cisza przerywana wiatrem grającym w gałęziach i pięknym, harmonijnym jękiem drzew. Jak stare, dawno nie oliwione drzwi. Pozornie melancholijnie, ale to trwanie i życie lasu, przedzieranie się po szlaku który za pół roku będzie tak gęsto zielony, obszyty kłującymi jeżynami, przynosi spokój. Męcząc się pod górę i w dół, uważając żeby nie ześlizgnąć się w stromy jar przełomu Łyny, odpoczywam jak w pięciogwiadkowym spa. Wracam górą, szerszą drogą, spocony i szczęśliwy. To był dobry czas.

Las Warmiński – Zadymka na ścianie lasu

Trafiłem na taką scenę kolejny raz i już wiem, że za każdym razem wywołuje ona we mnie podobnie silne emocje. Wchodząc nagle na polanę otoczoną wysokimi ścianami lasu, z wyrytymi na nich mocnymi sztychami drzew, nie mogłem przestać fotografować. Szukam takich warunków wychodząc z domu w odpowiedzi na zbliżającą się śnieżycę. Padający śnieg to naturalny, impresjonistyczny filtr, tu nie potrzeba żadnych szkiełek ani fotoszopów. Jednocześnie ta scena nie wymaga pracy z saturacją – z natury taki zimowy las w zadymce jest ograniczony do skali szarości. Fotografia jest prosta i mocna, zanieczyszczona nieprzezroczystością, ale czysta w graficznej formie aż do granic. Nie widuję takich obrazów czy fotografii zbyt często u innych fotografów, to motyw rzadko podejmowany, a w obecnym natłoku obrazów to argument nie do przeoczenia. Nigdy tak bardzo nie chciałem ujrzeć tych obrazów na dobrej jakości wydruku. Sam, dla siebie i o sobie samym. A to chyba Robert Gawliński, ciut inna, choć ładna opowieść.

Las Warmiński – Drzewo i świeży śnieg

Drzewa – mikroświaty. Młode, walczące o swoje miejsce w kolejce do światła ze swoimi braćmi i gatunkowo obcą konkurencją. Dojrzałe, zarówno te zdrowe i silne, jak i połamane, niektóre wyrwane z miękkiej, zbyt wilgotnej gleby, niektóre oberwały rykoszetem podczas ostatnich wichur. Te leżące już i oddające otoczeniu swoje soki, budujące nowe, wciąż świeże organizmy. Uwielbiam je oglądać, coraz częściej nie tylko patrząc w górę, ale też schylając się do korzeni lub zbliżając do pni. Kora sama w sobie jest piękna na tysiące różnych sposobów. W grudniowy, pusty dzień w lesie działo się niewiele, mogłem więc oddać się temu voyeurystycznemu podglądaniu bez skrępowania.