Początek kwietnia, las

Blurowe plenery mają to do siebie że nie obfitują w spektakularne spotkania ze zwierzętami, nie udaje się jeździć na wczesne świty o nieludzkiej porze. Nie o to jednak w nich chodzi, cała przyjemność to wspólne doświadczanie przyrody. No i rozmowy, ludzie i wspólnie wypita kawa.

Marcowe ptaszyny

Marzec, jeszcze zimno, jeszcze poranki w rękawiczkach i z wciąż zmrożonymi policzkami. Na płynącej wodzie jednak, u ujścia rzeki z jeziora Wadąg, panował spory ruch. Trafiłem na przyjemne światło, słońce przebijające się zza drzew i lekką mgłę, było więc trochę malarsko. Tak jak lubię. Cisza i śpiew ptaków.

Wadąg, Myki

Podolsztyńskie jeziora, nie mogę narzekać na ich brak. Jednym z mniej mi znanych jest jezioro Wadąg. Ta mizerna znajomość wynika ze słabej dostępności brzegów, które są zarazem trudne terenowo, jak i mocno poszatkowane prywatnymi płotami, zasiekami, w najlepszym wypadku elektrycznymi pastuchami. Jednym z miejsc, gdzie również na prywatnym gruncie południowy brzeg jeziora przy ujściu rzeki pozwala na kilka kadrów, są Myki. W marcu, kiedy słońce wstaje praktycznie równo z kierunku wschodniego, brzeg ten daje ekspozycje w kontrze. Chciałoby się już ptasiego ruchu na wodzie, chciałoby się mgły i ciekawych chmur. Póki co jest mocny mróz, jezioro raz jeszcze skuł lód, a ptaki schroniły się w ujściu rzeki z jeziora.

Duch śniegów

„Przekonałem się, że cierpliwość jest cnotą najwyższą, najbardziej elegancką i zapomnianą. Pomaga pokochać świat, zanim się uzna, że trzeba go zmienić. Zaprasza do zajęcia miejsca na widowni i rozkoszowania się spektaklem, nawet jeśli to miałby być szelest liści. Cierpliwość jest ukłonem człowieka przed tym, co jest i co trwa” – Sylvain Tesson

„W sercu tego filmu jest coś, co cię wciąga. Postanowiłem więc zrobić wszystko, by skomponować do niego oryginalną muzykę. Zarezerwowałem pięć dni i zapytałem Nicka, czy mógłby przyjść tylko na jeden dzień, żeby napisać piosenkę przewodnią i pograć na pianinie. Obejrzał film i został przez cztery dni. To jeden z najpiękniejszych filmów, nad jakimi kiedykolwiek pracowaliśmy i jedno z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu. Gwiazdami są zwierzęta w całej swojej dzikiej chwale, w odsłonie, w jakiej jeszcze ich nie widzieliśmy. Człowiekowi pozostaje pełne szacunku zdumienie” – Warren Ellis

Seans filmowy „Duch śniegów”, czyli zekranizowane spotkanie Sylvain Tesson’a z Vincentem Munier i ich wyprawa w Tybet w poszukiwaniu zagrożonej wyginięciem pantery śnieżnej był dla mnie mocnym przeżyciem. W brzmieniu muzyki Warrena Ellisa i Nicka Cave’a te obrazy i słowa, szeroka świadomość tego, jak kontakt z przyrodą jest potrzebny i kojący, to wszystko spodowodowało że w głowie powstał najpierw mętlik, tęsknota za porannymi mglistymi wędrówkami, fotograficzną zasiadką i podchodem pod zwierzęta. A potem przypomniałem sobie że to wszystko jeszcze możliwe, wystarczy pamiętać o tym gdy nadejdą mgły i słoneczne poranki, wystarczy być cierpliwym i nie ustępować zbyt szybko.

Przypomniałem sobie coś jeszcze, dawno zamkniętą szufladę której nie chciałem do tej pory eksploatować. Archiwalne i do tej pory nie wywoływane fotografie z kilku najpiękniejszych chwil sprzed lat, schowane głęboko z przyczyn nie do końca dla mnie jasnych. Czułem że są nie do końca moje, że nie warto ich zbyt szybko i pospiesznie publikować, że poprzeczka powędruje zbyt wysoko i ciężko będzie kiedykolwiek samemu sobie sprostać. Wszystko to prawda i wszystko wróciło do mnie po obejrzeniu „Ducha śniegów”, po czym odkryłem jakim bogactwem obdarzyła mnie parę lat temu natura. Postanowiłem że nadszedł czas na podzielenie się tymi fotografiami, nie powinny leżeć w odmętach zakurzonych dysków. A z nimi wróciła jeszcze mocniej tęsknota za wiosną, patrząc za okno to już niezbyt długo.

Mędrzyńskie olbrzymy

Koniec stycznia, śnieg jednego tygodnia, w następnym znika w strugach zimowego deszczu. Na ostatnią sobotę i niedzielę w tym miesiącu pogoda przewidziała skrajnie niekorzystne warunki. Orkan który pomysłowy meteorolog nadał imię Nadia przyniósł bardzo silny, zachodni wiatr i duże opady, głównie mokrego śniegu. Nie jest to wymarzony czas na spokojne wędrówki w plener, ale w końcu siedzenie w domu i patrzenie w ekrany może okazać się nie mniej chorobliwe. Jeszcze raz więc idąc śladem sentencji, mówiącej że nie ma złej pogody, jest jedynie niewłaściwy ubiór, otulony w puch i pierze wylądowałem w okolicach Rezerwatu jeziora Kośno.

Stara droga idąca na południe, w stronę Łajs i Bałdzkiego Pieca doprowadziła na skraj śródleśnego jeziora. Na przepuście oddzielającym wodę od osuszonych łąk, w trzcinowiska uciekła spłoszona wydra. No i zaczęło sypać. Może to i dobrze, lubię ostatnio tą zimową, zadymkową niewyraźność obrazu. Zwierzęcymi ścieżkami z jednej i drugiej strony zatoki sprawdziłem widok na całe jezioro, po czym wróciłem na drogę biegnącą resztkami buczyny. Cel był jeden – dojść do opisywanych kiedyś przez ks. Barczewskiego łąk mędrzyńskich, na których zawsze gdy jestem, wyobrażam sobie bogactwo zwierząt, jednocześnie nigdy na własne oczy nie widząc żadnego życia. Może kiedyś uda się tu znaleźć po cichu, o brzasku lub pod wieczór w ciepłe miesiące – jestem pewien że to miejsce tętni, wcale nie muszą świadczyć o tym myśliwskie ambony strategicznie rozmieszczone w każdym narożniku tych wyrwanych lasom łąk. Kiedyś, kiedy mieszkali tu ludzie, musiał to być raj na ziemi. Teraz zachwycają przede wszystkim olbrzymy, niektóre wpisane na listę chronionych pomników przyrody, niektóre mniej eksponowane, chronione przez młodsze drzewa aby wciąż dożywały swych dni. Nawet w taką pogodę wymagały by się przed nimi zatrzymać, zadrzeć głowę i niemo patrzeć szeroko otwartymi oczyma. Natura jaką kocham najbardziej.